Translate

sobota, 11 stycznia 2014

Laurence Rees "Kaci i ofiary. Okrucieństwa II wojny światowej i ich sprawcy"

Laurence Rees "Kaci i ofiary. Okrucieństwa II wojny światowej i ich sprawcy"

                 Pozycja, którą dziś chciałbym przytoczyć bliżej może nie w pełni wpisuje się w konwencje tego, bloga, lecz jest logiczną konsekwencją przeczytanej poprzedniej książki tego autora, którą opisałem wcześniej.
            W tej pracy autor zawarł wywiady z 35 osobami, które w czasie drugiej wojnie światowej stawały po różnej stronach w konflikcie, który jednak na wszystkich odcisnął piętno w ten czy inny sposób. Dzięki temu mamy okazje spojrzeć na wydarzenia tamtych czasów oczami nie tylko ofiar, ale także i katów.
          Tak, więc mamy okazje poznać Oto Estera Frenkiel, młoda Żydówka, która zyskała szansę, by ocalić kilku Żydów przed deportacją i śmiercią; Peter Lee, brytyjski oficer traktowany brutalnie w japońskiej niewoli; Zinaida Pytkina, funkcjonariuszka Smierszu, która znalazła przyjemność w zabiciu niemieckiego jeńca; Hiroo Onoda, japoński żołnierz, który poddał się dopiero dwadzieścia dziewięć lat po zakończeniu wojny i Petras Zelionka, Litwin, który zabijał Żydów - mężczyzn, kobiety i dzieci. Znajdziemy tu także wywiad Samuela Willenberga, który opowiada jak przetrwać w obozie zagłady oraz Toiviego Blauta, który mówi o filozofii Sobiboru. Ponadto autor umieścił książce wywiady z kilkoma katami, którzy tłumaczą jak można z człowieka stać się bestią. 
          I to właśnie przekonało mnie ostatecznie by sięgnąć po tą pozycje. Ponieważ dla zdrowo myślącego człowieka trudno zrozumieć jak można tak postępować z człowiekiem. Mam tu na myśli oczywiście to, co działo się w obozach, i właśnie takie książki jak ta, w której autora najbardziej interesuje postawa człowieka zdeterminowanego przez okoliczności, stawia pytania o jego odpowiedzialność za własne czyny i zastanawia się nad wyborami, jakich musiał dokonywać w sytuacji ekstremalnej, dzięki czemu mamy możliwość, choć nie całkiem, ale jednak spróbować zrozumieć, co kierowało tymi oprawcami.
           Książka, która jest jedną z niewielu tego typu publikacji na rynku właśnie z powodu wywiadów, na które udało się namówić autorowi zbrodniarzy tamtych czasów, a to chyba najlepsza recenzja.

niedziela, 24 listopada 2013

Vivien Spitz "Doktorzy z piekła rodem"

  
 
Vivien Spitz "Doktorzy z piekła rodem"

                „Jako „świadek historii" zapraszam cię więc, czytelniku, abyś usiadł w pierwszym rzędzie na sali rozpraw w Norymberdze, spojrzał prosto w oczy przestępcom w białych kitlach i zobaczył całe zło. Poproszę cię, abyś posłuchał zeznań osób będących materiałem do doświadczeń, tych ludzkich ofiar, które przeżyły. One starały się opisać jakże trudne do wyobrażenia i przedstawienia tortury, śmiertelne eksperymenty prowadzone na nich bez ich zgody. Chcę, czytelniku, abyś uświadomił sobie nieskończone, demoniczne zło i zepsucie tkwiące w zwykłych, normalnych ludziach obdarzonych wolną wolą którzy z własnego wyboru zmienili się w pozbawionych zasad etycznych, niemoralnych katów.”

          Uznałem to za dobry wstęp, ponieważ książka jest zapisem przeżyć autorki, która była naocznym świadkiem procesów Międzynarodowego Trybunału Wojskowego W Norymberdze. Decyzję o wyjeździe do Norymbergii podjęła z powodów osobistych. Pisarka była z pochodzenia Niemką więc chciała sama się przekonać, czy to co pokazywała w tamtych czasach kronika filmowa Movietone na temat okrucieństw Niemiec jest prawdą

          Vivien Spitz była jedną z najmłodszych dziennikarek wysłanych przez Departamentu Wojny Stanów Zjednoczonych w celu spisywania przebiegu procesów. Miała ona między innymi wątpliwą przyjemność uczestniczenia w procesie nr 1 tzw. procesie lekarzy. Skutkuje to tym, że częściowo książka jest stenograficznym w swoim charakterze zapisem procesu dwudziestu niemieckich lekarzy i trzech asystentów. Z opisów tych wyłania się obraz barbarzyńców, którzy ludzi będących więźniami traktowali jak trampolinę, która pozwoli, im się wybić w karierze nazistowskiego „lekarza”. By zdobyć uznanie w oczach przełożonych dopuszczali się przestępstw na ludziach i nazywali to eksperymentami medycznymi, a że dostępność „materiału” badawczego była tak nieograniczona, więc nikt nie przejmował się zabijaniem kolejnych ofiar tych nieludzkich eksperymentów
            Ci pożal się boże medycy zapomnieli, że każdy lekarz dokonujący badań musi poinformować pacjenta, jaki jest cel badania, jakie mogą być skutki uboczne i kiedy badanie się zakończy. Zapomnieli także o przysiędze którą , składali, gdy stawali się lekarzami(ciekawostką jest, że wydarzenia, które są opisywane w tej książce wpłynęły na kształt tej przysięgi i odtąd nazywa się Deklaracją genewską). Koniec końców żaden z dwudziestu trzech oskarżonych nie przyznał się do winy. Tłumaczyli się tym, że badania, jakich byli uczestnikami, miały wnieść doniosły wkład w poznanie mechanizmów biologicznych człowieka lub też oswobodzenie kraju z osób będących balastem dla reszty społeczeństwa ze względu na kalectwo umysłowe. Czy takich ludzi można nazwać lekarzami?......  
          Napisałam tę książkę po pięćdziesięciu latach od procesu nazistowskich lekarzy toczącego się w ramach norymberskich procesów zbrodni wojennych.Na całe moje życie cień rzuciły relacje tych, którzy przeżyli i to, czego byłam świadkiem, siedząc w pierwszym rzędzie na sali sądowej. Chciałam zapomnieć
o tym, chciałam to zostawić za sobą. Szok pierwszej konfrontacji w roku 1987 z osobami negującymi istnienie Holokaustu uświadomił mi konieczność mówienia prawdy tym wszystkim, którzy podstępnie twierdzili, że Holokaust był „Holożartem".
           I chyba tylko tak jestem w stanie sobie wytłumaczyć straszne błędy jakie się znajdują w tej książce. Autorka musiała albo strasznie się spieszyć pisząc tą książkę albo być przerażającym laikiem (by nie użyć słowa głupcem) w temacie holokaustu i wojny. Nie wiem jak to możliwe, że ktoś z pochodzenia Niemiec mieszkający w USA dopiero w 1943 dowiaduje się, że te państwa są w stanie wojny i to ktoś, kto właśnie kończy College.
          Ponadto naprawdę trudno mi zrozumieć jak można pisać o obozach myląc ich nazwy oraz nazwiska komendantów. Według autorki pierwszym komendantem KL Auschwitz był Rudolf Hess, a nie Rudolf Hoess lub w pisząc w języku niemieckim Rudolf Höß, a w czasie spisywania zeznań świadka procesu, który stwierdza o swoim pobycie w obozie Stutthof pod Gdańskiem autorka zapisuje Struthof pod Gdańskiem , a wiadomo, że Struthof (dokładniej Natzweiler-Struthof) znajdował się w Alzacji. Takich kwiatków jest naprawdę mnóstwo, przez co czytanie książki jest strasznie męczące szczególnie dla kogoś, kto zna temat i sprawdza informacje w niej zawarte.
           Śmieszności dopełnia końcówka książki, gdzie wymienia się przez dwie strony wykształcenie i dokonania autorki. Jakby tego było mało napisano tam, że jeździła ona z wykładami na temat tego procesu w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Singapurze. Przeraża mnie myśl co ta pani mówi na tych wykładach, skoro w książce znajdują się takie przekłamania jak ".....polskim obozie eksterminacyjnym w Chełmnie" swoją drogą, kto pozwala na takie teksty? Tylko przekonanie , że robi to wszystko w dobrej wierze powstrzymuje mnie od napiętnowania tej książki.

          Publikacja ta moją uwagę przyciągnęła poprzez tytuł (pewnie jak wielu przede mną) i liczyłem na rzetelny opis faktów z tzw. pierwszej ręki. Jednak książka okazała się tym, co zawsze przychodzi na myśl, gdy mamy do czynienia z produktem USA. Krzykliwy tytuł, który ma zwrócić uwagę w moim przypadku spełnił swoje zadanie, a treść? Gdyby nie przytoczone zeznania świadków mieli byśmy opowiadanie o perypetiach Amerykanki, która wybrała się do zniszczonego wojną miasta i musi cierpieć męki z powodu zimna i niemieckich "terrorystów". Ta pozycja bibliograficzna pisana jest w typowo amerykański sposób, co oznacza, że ważniejsze są przeżycia i odczucia autorki od tego, o czym ma pisać. Jednak ma to swoje plusy, ponieważ książkę czyta się jak powieść a nie literaturę faktu, przez co jest przyjemniejsza dla czytelnika. Więc jeśli ktoś bardziej sobie ceni formę niż treść to proszą bardzo. 
A tu strony związane z tematem:
Filmiki z Norymbergii         

czwartek, 7 listopada 2013

Danuta Brzosko-Mędryk "Mury z Ravensbruck"

Danuta Brzosko-Mędryk "Mury z Ravensbruck"

               Książka, o której w internecie publikowano wiele i trudno spłodzić mi coś nowego. Ale cóż, sama książka niesie przesłanie, by się nie poddawać, więc wypada o niej coś napisać po przeczytaniu.
          Jest to pozycja podana w formie zbeletryzowanej narracji, lecz jest prawdą. Wszystkie zawarte w niej historie to opowieści byłych więźniarek obozu w Ravensbruck, które w brew obozowemu regulaminowi postanowiły utworzyć w 1941 r. Tajną (Żeńska) Drużyna Harcerską "Mury". Założycielkami były Józefa Kantor, Maria Rydarowska oraz Zofia Janczy. Drużyna przyjęła nazwę "Mury" – co oznaczało oddzielenie się od trudnej obozowej rzeczywistości. A hasło, które przyjęły "Trwaj i innym pomóż przetrwać!" Jednoznacznie daje do zrozumienia priorytety, jakimi kierowały się te dzielne kobiety. Działalność tej drużyny nie ograniczała się jednak tylko do pomocy drugiej osobie, lecz także zajmowała się sabotażem oraz informowaniem świata zewnętrznego o tym, co działo się w obozie. A działo się naprawdę wiele, wystarczy nadmienić uśmiercanie po przez dwunastogodzinną ciężką prace lub permanentny głód. Trudno tu też nie wspomnieć o eksperymentach medycznych, które były przeprowadzane na 70 Polskich więźniarkach. Lecz to opisze przy okazji następnej książki.
          Musze szczerze przyznać, że ta książka bardzo mi się spodobała. Może to dziwne, ale mentalnie przenosiła mnie w czasy dzieciństwa, gdzie samo słowo harcerz przywoływało w głowie obrazy ogniska i dźwięk gitary oraz przygody niczym z filmu "czarne stopy". W obozie z tej powieści nie było gitary i ogniska a obóz nie był obozem harcerskich, a jednak kobiety a szczególnie pani Józefa,

„ która niczym kwoka, która bierze pod skrzydła swoje młode" potrafiła tak zorganizować życie tych kobiet, że nabierało cech właśnie takiego obozu. Dzięki takim właśnie osobom można nawet z najgorszych chwil wynieść wartości, których nie potrafią wpoić szkoły naszym dzieciom w czasie pokoju. Wystarczy przytoczyć tutaj słowa młodej, wtedy więźniarki Henryki Bartnickiej-Tajcher (nr oboz. 7618) "Kobiecy obóz koncentracyjny w Ravensbruck w rozpamiętywaniu, to z jednej strony koszmar i upodlenie człowieka do najniższych granic, a z drugiej wspaniałe, wykształcone kobiety, które ukształtowały mój charakter i nauczyły cenić najlepsze wartości człowieka: honor, bezinteresowność, poczucie wspólnoty wśród ludzi i pragnienie niesienia pomocy potrzebującym” 
          Czy trzeba dodawać coś więcej? Chyba tylko to , że taka "resocjalizacja"przydałaby się kilku obecnie nam rządzącym, bo osobiście odnoszę wrażenie, że oni już zupełnie zapomnieli o tych wartościach. I o tym, że my jesteśmy Polakami i trzeba być z tego dumnym jak te kobiety, które tą Polskość przekazywały nawet za cenę życia.
          Książka, która nawiązuje konwencją do mojego poprzedniej pozycji i można uznać ją za odpowiedź na pytania, które zawarłem w poprzednim poście.
          Uważam, że właśnie takie książki, jak ta powinny być lekturami, które są obowiązkowe w szkołach średnich, a nie jakiś np: „Ojciec Goriot”, bo co mnie obchodzą jakieś przemiany w społeczeństwie francuskim w dziewiętnastym wieku, kiedy połowa Polskich dzieci nie zna własnej historii ?
           Książka bardzo fajna , napisana bardzo przystępnym językiem. Jedyną drobną rzeczą, która mi przeszkadzała był brak czasami spójności między jednym, a drugim rozdziałem, przez co troszkę traciłem tzw. wątek. Lecz to naprawdę niewielki problem, który nie psuje formy i treści. Szczerze polecam.


piątek, 1 listopada 2013

Kazimierz Albin "List gończy"

Kazimierz Albin "List gończy"

                 Książka ta jest opisem przeżyć i doświadczeń autora w latach 1939-1945.Wojna zastała go w domu krótko po powrocie z kursu drużynowych Krakowskiej Chorągwi ZHP. Jako zdeklarowany harcerz z powołania i poczucia obowiązku Pan Kazimierz zgłosił się do Hufca Podgórskiego, gdzie przydzielono mu zadanie. Zorganizowania grupy młodzieży do ochrony trzech mostów i wiaduktu. Zadanie to wykonywał sumiennie do czasu wkroczenia Niemców do Krakowa. Był to cios dla młodego idealisty, więc na wieści, że rząd Rzeczpospolitej zaczął tworzyć armia we Francji decyzja o próbie przedostania się do Polskiego konsulatu w Budapeszcie był tylko kwestią czasu. Krótko po nowym roku 3 stycznia 1940 pan Kazimierz z bratem, podjęli próbę przedostania się na Węgry przez Słowację. I być może udałby, im się ten zamiar, gdy, by nie zdrada pod podszewką pomocy. Następnie po przejściu etapów więziennych w Preszewie, Muszynie, Nowym Sączu i Tarnowie, został wywieziony pierwszym transportem do KL Auschwitz, gdzie otrzymał numer obozowy 118. W obozie przebywał do 27 lutego 1943 r., kiedy to wbrew własnym zamierzeniom wraz z kolegą Franciszkiem Romanem (nr 5770) uciekł i po krótkiej tułaczce wrócił do Krakowa, gdzie pod fałszywym nazwiskiem do końca wojny prowadził działalność dywersyjną w ramach działania Armii Krajowej. 
           Tak przedstawia się w skrócie treść książki. W opisie tym da się zauważyć nacisk na Harcerskie korzenie autora. Było to zamierzone, lecz powody wytłumaczę za chwilę. Natomiast zastanawia mnie pewien wątek, który często przewija się w książkach tzw. obozowych. Ludzie, którzy trafili do obozów i odczuli na własnej skórze jak w nich traktuje się człowieka jak próbuje się go pozbawić człowieczeństwa warunkami tam panującymi jak szybko można stracić życie i jak niewiele, to życie znaczy dla oprawców. To jednak właśnie ci ludzie, którym udało się wydostać, czy to przez ucieczkę czy przez zwolnienie zazwyczaj wracali do konspiracji i walce przeciw okupantowi. I to właśnie uważam za godne podziwu. Ci ludzie wiedząc, co może ich czekać w razie dekonspiracji, jednak nie rezygnują  a wręcz przeciwnie  jest to dla nich tylko jeszcze jeden powód do tego, by tę walkę podjąć. Zastanawiałem się, czemu tak było, dlaczego ci ludzie tak postępowali i dochodzę do jednego wniosku. W obozach głównie osadzano więźniów politycznych, inteligencje oraz harcerzy. Ludzie ci patriotyzm mieli we krwi i osadzenie w obozie nie było w stanie zabić tego, co czuli do własnego kraju....aż przykro, że w naszych czasach odczuwamy brak takich właśnie ludzi...

niedziela, 27 października 2013

Zofia Stochowa "Numery mówią"

Zofia Stochowa "Numery mówią"

               Cóż napisać o książce, o której tytuł mówi wszystko?
Oczywiście, że jest to zbiór opowiadań ludzi, którzy byli w grupie 10% szczęśliwców, którym udało się przeżyć dramat, jakim były obozy koncentracyjne.
Dzięki temu mamy możliwość spojrzeć na to , co działo się wewnątrz obozu oczami uczestników tamtych wydarzeń.Jest to o tyle lepsze od opisów naukowców i badaczy, że w tych opowiadaniach jest potężna dawka emocji.
I co mnie osobiście w tych opowiadaniach szokuje? Wstrząsa? A może po prostu dziwi jako kogoś, kto czegoś takiego nie przeżył...Otóż chodzi mi o to, że reakcje tych ludzi są tak czasem nieobliczalne, że zdawałoby się nie możliwe.
Śmiech pomieszany z płaczem radości ze smutkiem itd. Trudno to zrozumieć i tylko takie pozycje jak ta przybliżają nas do tego, by to jakoś ogarnąć. 

          Tyle w temacie treści. Jeśli chodzi o formę. Jest to zbiór krótkich opowiadań ułożonych chronologiczne od powstania obozu w Oświęcimiu do ewakuacji i wyzwolenia przez czerwonoarmistów.
Osobiście mi ta forma nie odpowiada, ponieważ lubię książki, gdzie są zachowane podstawowe formy pisania powieści(wprowadzenie, rozwiniecie, zakończenie) i opisuje się zwykle rozbudowany ciąg zdarzeń, czego tu mi brakuje, przez co ta forma do mnie nie przemawia.

środa, 23 października 2013

Laurence Rees Auschwitz. Naziści i „ostateczne rozwiązanie”

 Laurence Rees Auschwitz. Naziści i „ostateczne rozwiązanie”

               „Sądzę, że książka Reesa wejdzie do kanonu podstawowych dzieł kształtujących wiedzę o faktach niedostatecznie znanych i trudnych dziś do zrozumienia dla wielu. Sądzę też, że polscy czytelnicy będą w stanie zrozumieć i przyjąć z niej szczególnie dużo.” Tak rekomenduje tę książkę W.Bartoszewski ,a ja się w 100% z nim zgadzam. Publikacja tej książki zbiega się z sześćdziesiątą rocznicą wyzwolenia obozu oświęcimskiego. Obóz ten jest dla autora niczym główny podmiot literacki w kontekście, którego umiejscawia postacie i wydarzenia. Lecz tak naprawdę chodzi o coś zupełnie innego, a mianowicie „kwestie ostatecznego rozwiązania” .Rees w książce daje czytelnikowi możliwość śledzenia powstawania decyzji o ostatecznym rozwiązaniu i jednoczesne pokazanie, jak poszczególne decyzje polityczne i nagłe zwroty w sytuacji na froncie wpływały na politykę nazistów wobec Żydów i, tym samym, wobec obozów – najpierw koncentracyjnych, później już funkcjonujących jako obozy śmierci. Można, by stwierdzić „książka jakich wiele..”, bo przecież publikacji na temat ludobójstwa było wiele, a jeśli chodzi o ten obóz z podkrakowskiej miejscowości to nawet trudno było, by zliczyć. I w tym miejscu ja z tym się nie zgadzam, ponieważ uważam, że autor naprawdę się napracował. Wystarczy chyba nadmienić, że materiały do książki Rees zbierał piętnaście lat nie ograniczając się w środkach, ponieważ prace jego finansowało BBC. Dzięki temu mógł dotrzeć do naocznych światków i to nie tylko ofiar, ale przede wszystkim co niecodzienne udało mu się namówić zbrodniarzy, którzy aktywnie brali udział w tamtych wydarzeniach.
            Naprawdę wiele można, by pisać na temat tej książki, ponieważ materiału w niej starczyło, by i na osobny blok, lecz nie po to stworzyłem ten, by się tak rozpisywać .Wystarczy, chyba że napisze, że jest to dobry materiał dla kogoś, kto zaczyna się interesować tym tematem, ponieważ ma możliwość zapoznać się w jednej książce jakie były początki i do czego doprowadziła tzw. „kwestie ostatecznego rozwiązania”. Ponadto książka, która sama w sobie jest wartościowa dodatkowo zyskuje, ponieważ jest też scenariuszem cyklu dokumentalnego pod tym samym tytułem co jeszcze bardziej podnosi jej wartość dydaktyczną. Szczerze polecam tą publikacje, która jest napisana bardzo przystępnym językiem oraz formą, która nie sprawi trudności tym, którzy zaczynają się interesować tematyką ludobójstwa , nazizmu i obozów.

środa, 9 października 2013

Stanisław Sterkowicz "Zbrodnie hitlerowskiej medycyny"

Stanisław Sterkowicz "Zbrodnie hitlerowskiej medycyny"

                "Książka, której pierwsze wydanie pt : "Zbrodnicze eksperymenty medyczne w obozach koncentracyjnych III Rzeszy" ukazało się w 1981 roku. W obecnym wydaniu tytuł książki został zmieniony,lecz treść nie uległa większym zmianom i podejmuje problematykę niemieckich zbrodni wojennych, a zwłaszcza eksperymentów medycznych przeprowadzanych na więźniach obozów koncentracyjnych". 

          Taki opis tej książki możemy znaleźć w internecie i na tym mógł bym skończyć, lecz tak naprawdę z opisu tego niewiele wynika. Ponadto z samej idei powstania tego blogu nie mogę pozostawić tego opisu w tej formie i treści. Więc, by niepotrzebnie nie tracić tusz i czasu przejdę od razu do meritum. Książka, o której jest mowa przedstawia obraz nazistowskich lekarzy oraz ich niezrozumiałych eksperymentów. Specjalnie użyłem słowa niezrozumiałych, ponieważ czego można oczekiwać, jeśli weźmie się zdrowego człowieka i nie da mu się jeść lub pić? Nie mam wykształcenia medycznego, a jednak potrafię się domyśleć jaki wynik końcowy będzie miał owy "eksperyment". Ponadto czym wytłumaczyć fakt, że do takich doświadczeń brano jeszcze zdrowych ludzi, skoro w obozie wielu umierało z głodu?

Lub czym kierowali się zarażając tyfusem oraz innymi chorobami występującymi w obozie zdrowych ludzi, choć tysiące trafiało na rewir z tymi przypadłościami bez specjalnej ingerencji lekarzy?Trudno to wytłumaczyć, choć autor tej książki przytoczył tezy jakie przyświecały tym "badaczom". Po przeczytaniu tej publikacji nasuną mi się pewien wniosek. Jeżeli szkoły medyczne są na takim samym poziomie nauczania jak w latach opisywanych powyżej to ja na pewno nigdy nie oddam się w ręce niemieckiego lekarza. Ponieważ sama próba zdiagnozowania choroby mogła, by się skończyć dla mnie śmiercią.
          To było, by na tyle, jeśli chodzi o treść merytoryczną. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę formę to mam tu jednak wiele zastrzeżeń, a może jedno główne.Książkę tę trudno traktować jako miłą do czytania. Jest pisana w formie, która w moim mniemaniu plasuje ją w kategorii tzw Materiałów źródłowych. Autor jasno i wyraźnie opisuje Imię i Nazwisko, gdzie się uczył dany lekarz co zrobił i jak został ukarany. Niby wszystko fajnie, ale jednak książka nie przekonała mnie do siebie,nie czytałem jej jednym tchem, lecz bardziej dla tego, że interesuje mnie tematyka w niej zawarta.