Translate

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Żeromski Tadeusz "Międzynarodówka straceńców"

Żeromski Tadeusz "Międzynarodówka straceńców"

               Autor podczas okupacji niem. pracował jako woźny w browarze Haberbuscha i Schielego. Aresztowany, był więźniem obozów koncentracyjnych w Sachsenhausen, nast., do końca wojny, Mauthausen. 
                W tej krótkiej opowieści opisuje urywek obozowego życia, który zaczyna się w lutym 1945 roku w obozie Sachsenhausen. W tym czasie wszyscy więźniowie byli ewakuowani w głąb rzeszy co i nie ominęło bohatera tej powieści, który leżał w rewirze. Więźniowie tego transportu trafili do obozu, którego zła sława była już, wtedy znana wszystkim. jak mówi sam bohater"..Każdy z nas wiedział od dawna, że stamtąd się nie wraca..." 
          Jednak sama relacja autora wskazuje, że pomimo tej czarnej sławy można przeżyć i w najgorszych miejscach... 
            Książka jest krótka liczy sobie ledwie 76 stron w formacie nie większym niż A6 i z 22 kartkami przedmowy. Więc prawie wydanie kieszonkowe. 
Po przeczytaniu tytułu spodziewałem się patosu rodem z PRL i nie myliłem się. Zalatuje propagandą, która irytuje mnie w tego typu relacjach. Lecz ze względu na to, że większość Polskich autorów pisało w tamtych czasach, gdy cenzura nie była tylko słowem, więc trzeba się z tym godzić. 
            Czy warto sięgnąć po tą "broszurkę"? Hmmm..., jeśli ktoś interesuje się tą tematyką to powinien czytać wszystko, bo w każdym opisie, choć krótkim można znaleźć coś nowego.

sobota, 12 lipca 2014

Ocaleni

Ocaleni

Fantastyczny dwuczęściowy dokument produkcji Francuskiej z 2005 r o ludziach którzy przeżyli koszmar obozów i teraz o tym opowiadają.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Franciszek Stryj "W cieniu krematorium"

Franciszek Stryj "W cieniu krematorium"

               "Gdyby wszystkie ofiary zbrodniczego reżimu stanęły na apel oskarżenia i gdyby krew
Przelana z woli opętańca pokryła jeden szmat ziemi, a ogrom krzywdy ludzkiej zakuto w
jeden pomnik grozy, powstałby jedyny w dziejach obraz, niepojęty umysłem ludzkim."
             Czytając książki o obozach można natrafić na straszne obrazy poniewierania i upokarzania człowieka. To, co potrafili wymyślić naziści tylko po to by w wyszukany sposób sponiewierać człowieka przekroczyło możliwości mojej wyobraźni i sądzę, że nie tylko mojej. A jednak, choć by wymieniać tu wszystkie te straszne pomysły i rodzaje tortur są niewielkie szanse by trafić na to, co wśród wielu więźniów uchodziło za największą torturę.
             O co chodzi ? Bicie ? Eksperymenty medyczne? Głodzenie? A może gazowanie ? Wszystkie te rzeczy były straszne, ale najstraszniejszą męczarnią było nic innego jak…czas.
           Człowiek może wytrzymać piekło głodu, bólu i poniewierania wtedy i tylko wtedy, gdy ma nadzieje, że to wszystko się skończy i wstanie nowy dzień, który będzie końcem gehenny. Nie ważne czy będzie to dzień, tydzień czy godzina.
Ważne, że się skończy, że jest nadzieja.
Nadzieja.....
Nadzieja to najsilniejszy środek przeciwbólowy.
Nadzieja to takie coś, co potrafi człowieka nakarmić i ogrzać
I wreszcie.. Nadzieja to ta ostateczna myśl, która gdy już nie masz siły podpowiada ci „jeszcze trochę, za chwile to się skończy…wytrzymasz dasz rade…”
          A co się dzieje, gdy nie wiadomo jak długo potrwa piekło, do którego człowiek trafił? 
         Jak wtedy można mieć nadzieje? Jakiej myśli wtedy się chwycić?
Nawet sam komendant Franz Ferdinand Hoess który sam był skazany w 1923 r. na 10 lat pozbawienia wolności za morderstwo twierdził, że sama ta myśl potrafiła tak więźnia podłamać, że chodził jak struty tracił chęć do walki o życie i dzięki temu łatwo było takim człowiekiem kierować. 
I tą sama praktykę naziści stosowali w obozach oraz więzieniach.
         W takiej właśnie sytuacji znalazł się Pan Franciszek. Został oskarżony o "...napaści na osobę FUhrera, NSDAP, na zaprzyjaźniony i
związany z narodem niemieckim naród włoski, oraz o usiłowania zasiania fermentu w
sercach Niemców w Rzeszy..." A mówiąc wprost bohater wyraził się negatywnie o Włochach w liście do brata, za co otrzymał karę więzienia w wysokości 15 miesięcy.
          Lecz 15 miesięcy dla nazistów to nie to samo, co 15 miesięcy dla każdego człowieka. W przypadku bohatera tej książki, który aresztowany 10 marca 1941 odsiedzenie tego wyroku zakończyło się 8 maja 1945.
Cóż...Dziwna sprawiedliwość tamtych czasów....

 

wtorek, 4 lutego 2014

Jan Zakrzewski "A my żyjemy dalej"

Jan Zakrzewski "A my żyjemy dalej"

               W czasie moich "wędrówek" literackich pośród książek o obozach trafiłem kiedyś na pozycje, w której autor sformułował tezę, którą właśnie dzisiejsza książka mi przypomniała.
          Otóż w książce "Pięć lat kacetu" Grzesiuk pisał :
"....Oświęcim był dużym obozem - i fabryką śmierci - dlatego
jest taki osławiony, lecz życie więźnia było bez porównania lepsze w Oświęcimiu niż w
Gusen. Jest to zdanie starych obozowców, którzy siedzieli po dwa, trzy lata w Oświęcimiu, a
później byli w Gusen. Dużo było takich, którzy żyli dwa, trzy lata w Oświęcimiu, a w Gusen
wykańczali się po trzech, czterech miesiącach. Ci, których gazowano - umierali kilka minut.
My w obozie umieraliśmy bez przerwy przez kilka lat i tylko jednostki przeżyły..."
          Autor nawiązuje w tym fragmencie akurat do obozu Gusen ponieważ w nim przebywał. Lecz według mojej subiektywnej opinii równie dobrze możnaby tą tezę potwierdzić książką, o której dziś piszę. Obraz obozu w Majdanku, jaki przedstawił Pan Zakrzewski nasuwa mi dwie koncepcje spojrzenia na niego. Albo autor ma tak
dobre pióro i potrafił obrazowo przedstawić tamte miejsca i sytuacje, że są one tak wstrząsające lub, co jest bardziej prawdopodobne pisał tylko to, co widział a sama prawda jest tak poruszająca. Nie chce umniejszać więźniom z Oświęcimia, bo nie taka jest moja rola, lecz obóz, w Auschwitz jest jednym z najbardziej znanych i opisanych obozów, przez co tworzy pewne standardy, do których chcąc czy nie się odnoszę. 
          Nie jestem laikiem w temacie obozów i wiele już czytałem lub widziałem jednak opisy, które znalazłem w tej książce potrafią nawet dla mnie być szokujące. Dziwna jest dla mnie myśl, że wydarzenia, które są opisane w tej książce zdarzyły się niespełna 70 lat temu. Sam autor porównuje działania niektórych z tych zbrodniarzy do inkwizycji i sądzę, że użył pasującego do sytuacji sformułowania:
         "Największym sadystą w obozie w Majdanku był Anton Thuman –
kierownik ochrony obozu, a zarazem zastępca komendanta – SS-Untersturmführer (porucznik). Miał on w starym krematorium swoją pakamerę. Stare krematorium znajdowało się na tak zwanym zwischenfeldzie, między I a II polem. W tej pakamerze (pokój o wymiarach 3 na 4 metry) mieściła się sala tortur. Tak jak za czasów inkwizycji hiszpańskiej przykuwał ręce i nogi więźnia do ściany i specjalnymi nożycami obcinał delikwentowi nos, uszy, wyrywał paznokcie i kawałki ciała. „Bawił” się tak przez 2-3 dni lub też, co jakiś czas pół dnia walił ofiarę łomem, że tylko kości trzeszczały”.
          Czytając takie opisy lub podobne (w książce jest ich wiele)można dojść do wniosku, że Trzecia Rzesza to było jakieś Eldorado dla degeneratów i zboczeńców. Słowa zboczeniec użyłem z premedytacją, ponieważ autor przytacza w książce też zachowania sadystyczne z podtekstem seksualnym w odniesieniu do zachowań lagerführer IV pola – unterscharführer (sierżant) Grossman:
          „ Wyglądem swoim przypominał Goeringa. Ten zboczeniec i psychopata, gdy dostawał „napadu” erotycznego, wzywał do siebie gamla, ustawiał go przy słupie, lewą ręką przytrzymywał, a prawą – ubraną w specjalną rękawice, jakiej używają hokeiści – bił tak długo w twarz, aż stała się krwawą masą. Na widok zmasakrowanego trupa siadał na fotelu ze słowami: „Jetzt habe ich genug” (Teraz mam dosyć).W tym momencie następowała u niego polucja”.
       Czy trzeba coś dodawać? Czy teza, którą postawił Pan Grzesiuk naprawdę jest tak bezpodstawna?
          Słyszałem kiedyś takie głosy, że w specyficznych warunkach w każdym narodzie mogło się to zdarzyć. Może nie jestem jakimś wielkim autorytetem i się za takiego nie mam, lecz na tyle na ile znam choćby Polską historie to się nie zgodzę z tym twierdzeniem. Byliśmy kiedyś naprawdę potęgą w Europie i mieliśmy nie jedną ziemię podbitą a jednak taka hekatomba nie miała nigdy miejsca. Były różne wyjątki,wiadomo wszędzie znajdzie się czarna owca, ale pamiętajmy to były WYJĄTKI a nie norma jak miało to miejsce w faszystowskich Niemczech.

sobota, 11 stycznia 2014

Laurence Rees "Kaci i ofiary. Okrucieństwa II wojny światowej i ich sprawcy"

Laurence Rees "Kaci i ofiary. Okrucieństwa II wojny światowej i ich sprawcy"

                 Pozycja, którą dziś chciałbym przytoczyć bliżej może nie w pełni wpisuje się w konwencje tego, bloga, lecz jest logiczną konsekwencją przeczytanej poprzedniej książki tego autora, którą opisałem wcześniej.
            W tej pracy autor zawarł wywiady z 35 osobami, które w czasie drugiej wojnie światowej stawały po różnej stronach w konflikcie, który jednak na wszystkich odcisnął piętno w ten czy inny sposób. Dzięki temu mamy okazje spojrzeć na wydarzenia tamtych czasów oczami nie tylko ofiar, ale także i katów.
          Tak, więc mamy okazje poznać Oto Estera Frenkiel, młoda Żydówka, która zyskała szansę, by ocalić kilku Żydów przed deportacją i śmiercią; Peter Lee, brytyjski oficer traktowany brutalnie w japońskiej niewoli; Zinaida Pytkina, funkcjonariuszka Smierszu, która znalazła przyjemność w zabiciu niemieckiego jeńca; Hiroo Onoda, japoński żołnierz, który poddał się dopiero dwadzieścia dziewięć lat po zakończeniu wojny i Petras Zelionka, Litwin, który zabijał Żydów - mężczyzn, kobiety i dzieci. Znajdziemy tu także wywiad Samuela Willenberga, który opowiada jak przetrwać w obozie zagłady oraz Toiviego Blauta, który mówi o filozofii Sobiboru. Ponadto autor umieścił książce wywiady z kilkoma katami, którzy tłumaczą jak można z człowieka stać się bestią. 
          I to właśnie przekonało mnie ostatecznie by sięgnąć po tą pozycje. Ponieważ dla zdrowo myślącego człowieka trudno zrozumieć jak można tak postępować z człowiekiem. Mam tu na myśli oczywiście to, co działo się w obozach, i właśnie takie książki jak ta, w której autora najbardziej interesuje postawa człowieka zdeterminowanego przez okoliczności, stawia pytania o jego odpowiedzialność za własne czyny i zastanawia się nad wyborami, jakich musiał dokonywać w sytuacji ekstremalnej, dzięki czemu mamy możliwość, choć nie całkiem, ale jednak spróbować zrozumieć, co kierowało tymi oprawcami.
           Książka, która jest jedną z niewielu tego typu publikacji na rynku właśnie z powodu wywiadów, na które udało się namówić autorowi zbrodniarzy tamtych czasów, a to chyba najlepsza recenzja.

niedziela, 24 listopada 2013

Vivien Spitz "Doktorzy z piekła rodem"

  
 
Vivien Spitz "Doktorzy z piekła rodem"

                „Jako „świadek historii" zapraszam cię więc, czytelniku, abyś usiadł w pierwszym rzędzie na sali rozpraw w Norymberdze, spojrzał prosto w oczy przestępcom w białych kitlach i zobaczył całe zło. Poproszę cię, abyś posłuchał zeznań osób będących materiałem do doświadczeń, tych ludzkich ofiar, które przeżyły. One starały się opisać jakże trudne do wyobrażenia i przedstawienia tortury, śmiertelne eksperymenty prowadzone na nich bez ich zgody. Chcę, czytelniku, abyś uświadomił sobie nieskończone, demoniczne zło i zepsucie tkwiące w zwykłych, normalnych ludziach obdarzonych wolną wolą którzy z własnego wyboru zmienili się w pozbawionych zasad etycznych, niemoralnych katów.”

          Uznałem to za dobry wstęp, ponieważ książka jest zapisem przeżyć autorki, która była naocznym świadkiem procesów Międzynarodowego Trybunału Wojskowego W Norymberdze. Decyzję o wyjeździe do Norymbergii podjęła z powodów osobistych. Pisarka była z pochodzenia Niemką więc chciała sama się przekonać, czy to co pokazywała w tamtych czasach kronika filmowa Movietone na temat okrucieństw Niemiec jest prawdą

          Vivien Spitz była jedną z najmłodszych dziennikarek wysłanych przez Departamentu Wojny Stanów Zjednoczonych w celu spisywania przebiegu procesów. Miała ona między innymi wątpliwą przyjemność uczestniczenia w procesie nr 1 tzw. procesie lekarzy. Skutkuje to tym, że częściowo książka jest stenograficznym w swoim charakterze zapisem procesu dwudziestu niemieckich lekarzy i trzech asystentów. Z opisów tych wyłania się obraz barbarzyńców, którzy ludzi będących więźniami traktowali jak trampolinę, która pozwoli, im się wybić w karierze nazistowskiego „lekarza”. By zdobyć uznanie w oczach przełożonych dopuszczali się przestępstw na ludziach i nazywali to eksperymentami medycznymi, a że dostępność „materiału” badawczego była tak nieograniczona, więc nikt nie przejmował się zabijaniem kolejnych ofiar tych nieludzkich eksperymentów
            Ci pożal się boże medycy zapomnieli, że każdy lekarz dokonujący badań musi poinformować pacjenta, jaki jest cel badania, jakie mogą być skutki uboczne i kiedy badanie się zakończy. Zapomnieli także o przysiędze którą , składali, gdy stawali się lekarzami(ciekawostką jest, że wydarzenia, które są opisywane w tej książce wpłynęły na kształt tej przysięgi i odtąd nazywa się Deklaracją genewską). Koniec końców żaden z dwudziestu trzech oskarżonych nie przyznał się do winy. Tłumaczyli się tym, że badania, jakich byli uczestnikami, miały wnieść doniosły wkład w poznanie mechanizmów biologicznych człowieka lub też oswobodzenie kraju z osób będących balastem dla reszty społeczeństwa ze względu na kalectwo umysłowe. Czy takich ludzi można nazwać lekarzami?......  
          Napisałam tę książkę po pięćdziesięciu latach od procesu nazistowskich lekarzy toczącego się w ramach norymberskich procesów zbrodni wojennych.Na całe moje życie cień rzuciły relacje tych, którzy przeżyli i to, czego byłam świadkiem, siedząc w pierwszym rzędzie na sali sądowej. Chciałam zapomnieć
o tym, chciałam to zostawić za sobą. Szok pierwszej konfrontacji w roku 1987 z osobami negującymi istnienie Holokaustu uświadomił mi konieczność mówienia prawdy tym wszystkim, którzy podstępnie twierdzili, że Holokaust był „Holożartem".
           I chyba tylko tak jestem w stanie sobie wytłumaczyć straszne błędy jakie się znajdują w tej książce. Autorka musiała albo strasznie się spieszyć pisząc tą książkę albo być przerażającym laikiem (by nie użyć słowa głupcem) w temacie holokaustu i wojny. Nie wiem jak to możliwe, że ktoś z pochodzenia Niemiec mieszkający w USA dopiero w 1943 dowiaduje się, że te państwa są w stanie wojny i to ktoś, kto właśnie kończy College.
          Ponadto naprawdę trudno mi zrozumieć jak można pisać o obozach myląc ich nazwy oraz nazwiska komendantów. Według autorki pierwszym komendantem KL Auschwitz był Rudolf Hess, a nie Rudolf Hoess lub w pisząc w języku niemieckim Rudolf Höß, a w czasie spisywania zeznań świadka procesu, który stwierdza o swoim pobycie w obozie Stutthof pod Gdańskiem autorka zapisuje Struthof pod Gdańskiem , a wiadomo, że Struthof (dokładniej Natzweiler-Struthof) znajdował się w Alzacji. Takich kwiatków jest naprawdę mnóstwo, przez co czytanie książki jest strasznie męczące szczególnie dla kogoś, kto zna temat i sprawdza informacje w niej zawarte.
           Śmieszności dopełnia końcówka książki, gdzie wymienia się przez dwie strony wykształcenie i dokonania autorki. Jakby tego było mało napisano tam, że jeździła ona z wykładami na temat tego procesu w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Singapurze. Przeraża mnie myśl co ta pani mówi na tych wykładach, skoro w książce znajdują się takie przekłamania jak ".....polskim obozie eksterminacyjnym w Chełmnie" swoją drogą, kto pozwala na takie teksty? Tylko przekonanie , że robi to wszystko w dobrej wierze powstrzymuje mnie od napiętnowania tej książki.

          Publikacja ta moją uwagę przyciągnęła poprzez tytuł (pewnie jak wielu przede mną) i liczyłem na rzetelny opis faktów z tzw. pierwszej ręki. Jednak książka okazała się tym, co zawsze przychodzi na myśl, gdy mamy do czynienia z produktem USA. Krzykliwy tytuł, który ma zwrócić uwagę w moim przypadku spełnił swoje zadanie, a treść? Gdyby nie przytoczone zeznania świadków mieli byśmy opowiadanie o perypetiach Amerykanki, która wybrała się do zniszczonego wojną miasta i musi cierpieć męki z powodu zimna i niemieckich "terrorystów". Ta pozycja bibliograficzna pisana jest w typowo amerykański sposób, co oznacza, że ważniejsze są przeżycia i odczucia autorki od tego, o czym ma pisać. Jednak ma to swoje plusy, ponieważ książkę czyta się jak powieść a nie literaturę faktu, przez co jest przyjemniejsza dla czytelnika. Więc jeśli ktoś bardziej sobie ceni formę niż treść to proszą bardzo. 
A tu strony związane z tematem:
Filmiki z Norymbergii         

czwartek, 7 listopada 2013

Danuta Brzosko-Mędryk "Mury z Ravensbruck"

Danuta Brzosko-Mędryk "Mury z Ravensbruck"

               Książka, o której w internecie publikowano wiele i trudno spłodzić mi coś nowego. Ale cóż, sama książka niesie przesłanie, by się nie poddawać, więc wypada o niej coś napisać po przeczytaniu.
          Jest to pozycja podana w formie zbeletryzowanej narracji, lecz jest prawdą. Wszystkie zawarte w niej historie to opowieści byłych więźniarek obozu w Ravensbruck, które w brew obozowemu regulaminowi postanowiły utworzyć w 1941 r. Tajną (Żeńska) Drużyna Harcerską "Mury". Założycielkami były Józefa Kantor, Maria Rydarowska oraz Zofia Janczy. Drużyna przyjęła nazwę "Mury" – co oznaczało oddzielenie się od trudnej obozowej rzeczywistości. A hasło, które przyjęły "Trwaj i innym pomóż przetrwać!" Jednoznacznie daje do zrozumienia priorytety, jakimi kierowały się te dzielne kobiety. Działalność tej drużyny nie ograniczała się jednak tylko do pomocy drugiej osobie, lecz także zajmowała się sabotażem oraz informowaniem świata zewnętrznego o tym, co działo się w obozie. A działo się naprawdę wiele, wystarczy nadmienić uśmiercanie po przez dwunastogodzinną ciężką prace lub permanentny głód. Trudno tu też nie wspomnieć o eksperymentach medycznych, które były przeprowadzane na 70 Polskich więźniarkach. Lecz to opisze przy okazji następnej książki.
          Musze szczerze przyznać, że ta książka bardzo mi się spodobała. Może to dziwne, ale mentalnie przenosiła mnie w czasy dzieciństwa, gdzie samo słowo harcerz przywoływało w głowie obrazy ogniska i dźwięk gitary oraz przygody niczym z filmu "czarne stopy". W obozie z tej powieści nie było gitary i ogniska a obóz nie był obozem harcerskich, a jednak kobiety a szczególnie pani Józefa,

„ która niczym kwoka, która bierze pod skrzydła swoje młode" potrafiła tak zorganizować życie tych kobiet, że nabierało cech właśnie takiego obozu. Dzięki takim właśnie osobom można nawet z najgorszych chwil wynieść wartości, których nie potrafią wpoić szkoły naszym dzieciom w czasie pokoju. Wystarczy przytoczyć tutaj słowa młodej, wtedy więźniarki Henryki Bartnickiej-Tajcher (nr oboz. 7618) "Kobiecy obóz koncentracyjny w Ravensbruck w rozpamiętywaniu, to z jednej strony koszmar i upodlenie człowieka do najniższych granic, a z drugiej wspaniałe, wykształcone kobiety, które ukształtowały mój charakter i nauczyły cenić najlepsze wartości człowieka: honor, bezinteresowność, poczucie wspólnoty wśród ludzi i pragnienie niesienia pomocy potrzebującym” 
          Czy trzeba dodawać coś więcej? Chyba tylko to , że taka "resocjalizacja"przydałaby się kilku obecnie nam rządzącym, bo osobiście odnoszę wrażenie, że oni już zupełnie zapomnieli o tych wartościach. I o tym, że my jesteśmy Polakami i trzeba być z tego dumnym jak te kobiety, które tą Polskość przekazywały nawet za cenę życia.
          Książka, która nawiązuje konwencją do mojego poprzedniej pozycji i można uznać ją za odpowiedź na pytania, które zawarłem w poprzednim poście.
          Uważam, że właśnie takie książki, jak ta powinny być lekturami, które są obowiązkowe w szkołach średnich, a nie jakiś np: „Ojciec Goriot”, bo co mnie obchodzą jakieś przemiany w społeczeństwie francuskim w dziewiętnastym wieku, kiedy połowa Polskich dzieci nie zna własnej historii ?
           Książka bardzo fajna , napisana bardzo przystępnym językiem. Jedyną drobną rzeczą, która mi przeszkadzała był brak czasami spójności między jednym, a drugim rozdziałem, przez co troszkę traciłem tzw. wątek. Lecz to naprawdę niewielki problem, który nie psuje formy i treści. Szczerze polecam.